niedziela, 17 lipca 2011

Głębokość nawrócenia

Interesuje mnie religia wyłącznie od strony socjologicznej oraz psychologicznej, jej wpływ na ludzi ogólnie i indywidualne motywacje osób religijnych. Z własnej obserwacji zdążyłem wywnioskować, że sprawdza się w tym wypadku najlepiej stare przysłowie "krowa która dużo muczy mało mleka daje" - tak też jest w przypadku religizmu, szczególnie tego zaściankowego i wojującego, który zwykle grzmi, że się wszystko wali, albo, że się zaraz zawali, i że koniec świata jutro albo pojutrze i, że jak im nie przyznamy racji, to pójdziemy do piekła itp...
Traktuję to oczywiście raczej rozrywkowo, chociaż czasami bywa nieco uciążliwe i nużące. Dla rozrywki czasami też rzucam okiem na uznawane w skrajnie-prawicowo-religijmy półświatku pisemko Fronda, głównie aby się upewnić czy chłopaki dalej trzymają prosto sztandar, czy rączka nieco nie zdrętwiała albo wiatr nie powiewa i nie ma efektu. Terlikowski daje tu i ówdzie gościnne wystepy i można mieć nieszczęście natknąć się na niego w tym czy innym radiu, lub tej czy innej księgarni (niedawno próbował nieco rozśmieszyć koniec świata wg. Campinga, a niedawno coś słyszałem, że za cuda się zabrał). Ale mniejsza o niego.
Portalik Fronda działa i trzyma formułę tabloidalną popisując się mieszanką polityczno-aborcyjną z dodatkiem plotek ze życia biskupów i innych celebrytów zarazem próbując nieco pokolorować drętwość hardkorowego konserwatyzmu artykulikami do młodzieży, cośtam o hiphopie, reggae i innych rzeczach co młodzież lubi a nielubi ich Natanek, więc nie będę tu wymieniał.
Ja się na dzisiejszej muzyce dla dzieci i młodzieży nie znam, więc nie będę się wymądrzał, dość, że jakaś ponoć gwiazda hiphopu dała wywiad, który po łebkach przeglądnąłem, bo miał fajny i oryginalny tytuł. Podczas tej pobieżnej lustracji rzucił mi się okiem ciekawy fragment, w którym gwiazda podaje prosto z mostu powód dla którego z osoby "wątpiącej" momentalnie stała sie osobą wierzącą. W zasadzie zanim to przeczytałem, to zastanawiałem się cóż takiego może na młodego człowieka działać? Jakieś głębokie rozważania, przemyślenia, zdarzenia w życiu osobistym, wewnętrzna potrzeba? Pewnie to wszystko po trochu mogło mieć tu miejsce i doprowadziło bohatera do zwrotnego punktu, który wyzwolił w nim eksplozję religijnej ekstazy. I cóż to było? Rekolekcje z udziałem szatana i wizyta Matki Bożej. Zacytuję:

Miałem wizję, objawiła mi się Matka Boża. Brałem też udział w rekolekcjach w Gdańsku na Morenie. Gościem wtedy był znany katolicki charyzmatyk Ojciec John Bashobora z Ugandy. Ma szczególne namaszczenie do walki ze złymi duchami i odprawianiem egzorcyzmów. Naprawdę szczególne namaszczenie. I zobaczyłem to na własne oczy. Ci, którzy byli opętani padli bezwładnie na ziemię na widok Najświętszego Sakramentu. Widziałem wojnę Dobra ze Złem. To co się działo wtedy w Kościele to była miazga. Byłem jak Św. Tomasz, zobaczyłem, dostałem dowód, cios w twarz.. „Jak teraz nie uwierzysz to jesteś hipokrytą” – zreflektowałem się. Przez pierwszą godzinę nawrócenia zadawałem sobie pytanie: jak ja innym wytłumaczę to co widziałem? Teraz mówię ludziom - idźcie na rekolekcję, zobaczycie i uwierzycie. To pewne. A pamiętać też należy o błogosławionych, którzy nie widzieli a uwierzyli…

 Może spotkanie senne pozostawię bez komentarza, bo mnie zaciekawił bardziej namacalny obrazek: opętani padali na ziemię - gdzieś ja to widziałem, tylko gdzie?

hmmm...




 prawie ;)


Coś takiego widział nasz bohater?

Naprawdę fajna sztuczka, szatan pokonany jednym wprawnym pchnięciem. Jak na załączonym obrazku i docytowanym cytacie, to naprawdę działa - i jest za darmo. Logika na bok.

A poważniej - jest to dla mnie szokujące, że ktoś może dawać się nabierać na tego rodzaju płytkie sztuczki. Spotkałem się już z rekomendacjami "musisz to zobaczyć" i próbami używania takich filmików jako argumentami w dyskusji na temat zasadności religijnych przekonań. Mój sceptycyzm i brak uznania tego zjawiska za niezbity argument był raczej przyjmowany ze zdziwieniem. Bo cóż może słowo przeciwko prawdziwie przekonanemu magicznymi odczynami, których ktoś był świadkiem? Niewiele niestety.

W takiej chwili może poratować jedynie James Randi oraz Derren Brown. Dlaczego wspomniałem tego pierwszego, ci co mają wiedzieć wiedzą, ci co niewiedzą, niech się doedukują np.: na wikipedii ;). Ale ten drugi ma coś na sumieniu, szczególnie, że siedzi w interesie magicznym i "nie takie sztuczki robi", a ostatnio zabrał się właśnie za takie. Wydłużyć za krótką nóżkę? Usunąć ból pleców? Z szatanem też pewnie jakoś dałby radę. "Miracles for Sale" więc "Cudy* na sprzedaż" (*-wiem, "cuda" lepiej leżą, ale jestem przekorny ;P)

 Trailer:




Chciałem też podłączyć pewien fragment programu Derrena o tytule "Messiah" gdzie wodził na nos wróżki, "media" (jak odmienić "medium"?), zimnoczytaczy i innych szarlatanów. Trik z przewracaniem ludzi znajduje się pod koniec pierwszej połowy tego filmu.


Tak więc, w pewnym sensie dla nawróconego, dającego świadectwo, rapera to nie wiem czy robi różnice... ale właściwie dlaczego by takie drobnostki miały by mieć wpływ na czyjąć, silnie podpartą wewnętrznie i spójną wiarę? :> Jak to się mówi: nadzwyczajne twierdzenia wymagają nadzwyczajnych dowodów. Czy w świecie nawróceń, "głębokie" nawrócenia wymagają "głębokiego odczarowania"? Nieeee.... to byłoby zbyt logiczne ;). A może odwrotnie?

wtorek, 5 lipca 2011

Humanistyczny Islam

Większość religii (czyli prawie dwie ;) leczy swoje nieskrywane i uzasadnione kompleksy o własnej irracjonalności i bezzasadności podczepiając się pod humanizm, niby-naukowość, logikę, racjonalizm i inne przymioty których jawnie im brakuje. Zwykle pozostaje to w warstwie retorycznej wysławianej podczas debat wielkokrotnie w frazie "więc logicznie rzecz biorąc <ktośtam> musi" (za <ktośtam> podstawiamy oponenta stojącego na przeciwko, lub wyimaginowanego "polemistę", "ateistę", "chórzystę" itp.) lub wariację w jej okolicy i różnych odmianach. Humanizm i argumenty rzeczowe wylewają się strumieniami, dalekie są od wszelakich skoków wiary, logik błednego koła, ekwiwokacyjek i innych błędzików logiki. I wcale nie zamierzam tutaj polezmizować, bo po co powtarzać w kółko te same slogany. W każdej debacie większość argumentów została już dawno wypowiedziana, ich rozgrywanie to raczej sztuka oracyjna, przedstawienie dla przybyłych. Ale czasem można zobaczyć coś ciekawego co ucieka obrzeżami.

Otóż oglądająć rozmowę pomiędzy dwoma panami zza mównic zaciekawiło mnie pewne zjawisko w końcowej części. Kiedy doszło do zadawania pytań od publiczności, pytania zadawały zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Gdy pytania zadają mężczyźni widzimy oczywiście mężczyzn, ciekawe natomiast jest to, że kiedy pytania zadają kobiety (co łatwo poznać choćby po głosie) widzimy... też mężczyzn. Czy może mi ktoś objaśnić jakaż to za koincydencja?




pytania zaczynają się po 1h 36 minutach. Jeśli ktoś chce obejrzeć całość to można, chociaż nie ma tam wielkich fajerwerków, a argumentacja jest przewidywalna, można powiedzieć. Jeśli ktoś wypatrzy kobietę to proszę mnie poprawić, bo mogłem rzecz jasna przeoczyć.

sobota, 21 maja 2011

Refleksje religijne o końcu świata

Musze to zamieścić, bo chce mi się podwójnie śmiać. Pan redaktor Tomasz Terlikowski postanowił ogrzać się przy popularności idiotyzmu amerykańskiej religijności i przykryć ich własną wersją rozważań o końcu świata. W końcu każdy powód jest dobry, aby troche punktów do nieba ponabijać.
Po krótkiej wzmiance o popularnej ostatnio przepowiedni zamieścił własny komentarz, który jak przystało na nawiedzonego apologetę ma się nijak do sensu i treści tejże wzmianki ale że jest okazja...

Pan Tomasz przestrzega, że nie ma się z czego śmiać:
Śmichom chichom z Campinga nie ma końca. Ale mnie to wcale nie śmieszy. Nie dlatego, bym mu wierzył, tylko dlatego, że wiem, że dla wielu ludzi jutro rzeczywiście skończy się świat. I będą stali już przed Tronem Pana, nic nie mogąc zrobić ze swoim życiem. Dla nich, a kto wie, może i dla części z nas to będzie rzeczywisty koniec świata. I o tym warto pamiętać. To jest bowiem wiedza, która ustawia nas do pionu. Nie mamy pojęcia, czy jutro nie skończy się nasz świat, i czy nie staniemy przed Panem.


Tomasz P. Terlikowski
 (Dodane przez: Redakcja Fronda.pl Kategoria: Religia)

Piękne uniwersały, które przypasować można do każdej sytuacji. Czy TV Trwam będzie transmitować koniec świata? Zaczynamy o 18.

czwartek, 19 maja 2011

Religia i kreacjonizm prosto ze Stanów (albo Chin :>)

Skomentowałem sobie filmik jakiegoś amerykańskiego (chińskiego?) kreacjonisty ( 1GodOnlyOne), który wyciął kawałek publicznej dyskusji między Danem Barkerem a kimśtam z kreacjonistów (nie chce mi się wpisywać imienia, żeby temu panu nie robić publicity :>) i zatytułował szumnie:

☠ ATHEIST DAN BARKER SAYS ❝CHILD RAPE IS MORALLY OKAY❞ ☠

dlategóż pozwoliłem sobie pod filmem zadać pytanie nawiązujące pośrednio do tematyki:

Another question: Is it okay to kill the child to please God?
nonseans 

Na co uzyskałem niechybnie odpowiedź bogobojnego:

Killing children does not please God, you moron, so the answer is obviously no.
1GodOnlyOne

 Nie mogłem wówczas nie podziękować mu za tak ładne przedstawienie się przed "milionami słuchaczy" :), mniej więcej takimi słowami (mniej więcej - ponieważ odrzucił mój komentarz, a co do słowa nie pamiętam co napisałem ale na pewno nie było w nim nic wulgarnego :>)

Thank you for your kindness,  you are one of the finest example of God loving children
nonseans


Ale zanim odrzucił to jeszcze zdążył napisać coś czego się odrazu zawstydził i szybko usunął (ale te usunięte przychodzą w powiadomieniach na skrzynke youtubową), co też tutaj przeklejam, a czego nie ma na screenie poniżej.


@nonseans You're welcome, asshole.

 atheist total fail
1GodOnlyOne 



Prawda, że amerykański (albo chiński...) kreacjonizm wygląda bardzo ładnie, a dzieci boże posłusznie realizują polecenie miłości  bliźniego :>. W zasadzie to nic się nie różni od naszego, ładna fasada, a za nią...


ps: The end of this short story. Thank 1GodOnlyOne for guest apparance, creationist community can feel proud of you. You can feel blogged out now :>

czwartek, 6 stycznia 2011

Ateizm? Agnostycyzm? Cokolwiekizm?

Okej, funkcjonujemy w świecie pojęć. Musimy się definiować aby być "czytelnymi" dla innych, tak samo jak uczymy się wspólnego języka aby móc się komunikować między sobą. Język "nas uwalnia" i "nam umożliwia", otwiera możliwość wspólnego działania jak i myślenia. Czasami przez to zapominamy, że takoż samo nas ogranicza.

Bardzo często widzę, że ludzie poszukują definicji dla określenia swojego światopoglądu. Niemniej nieraz bardziej mi to przypomina poszukiwanie własnej tożsamości społecznej, wyraz potrzeby przynależności do jakiejś subkultury i identyfikacji z grupą. Co zrobić jednak w sytuacji gdy żadna z definicji nie pasuje? Stworzyć nowe pojęcie czy wpasować się w istniejące, uznając, że nie ma możliwości pośrednich? Powstawanie i wchodzenie do języka nowych terminów jest przecież naturalną konsekwencją jego rozwoju i pochodną np.: postępów technologicznych. Ale nowe słowo ma szansę zaistnieć w mowie powszechnej, jeśli jego materialne odzwierciedlenie dotyczy wystarczająco dużej grupy ludzi. Słowem: zjawisko musi być popularne.
Czy poglądy, postawy ludzkie muszą być popularne? Mogą być, tak samo jak rozmiar buta lub słabość do fastfoodów. Choć lektura słowników medycznych, szczególnie dotyczących np.: psychiatrii, seksuologii lub filozofii zdaje się sugerować, że nazwana została każda możliwa postawa, preferencja lub pogląd, i należy jedynie znaleźć odpowiednio grupy i specjalistyczny tom, aby się w nim zidentyfikować, to jednak ja stoję na stanowisku, że poglądy ludzkie wymykają się ścisłym definicjom. Pomijam tu fakt, że same pojęcia często są wieloznaczne i ich rozumienie bywa bardzo rozbieżne (o tytułowym ateizmie i agnostycyzmie możnaby napisać tomy i określać setkami przymiotników). Owszem, do jednych (nazwanych) postaw nam bliżej, inne nas ziębią (mniej lub bardziej), z wieloma możemy znaleźć część wspólną, a z innymi możemy się nie zgadzać "ale w tym jednym punkcie widzimy uderzającą celność".
Ostatecznie jednak prawda ukrywa się gdzieś "między słowami", "wierszami". Orbitujemy, nie dając się wciągnąć w ich pola grawitacyjne, choć czasem w nie wpadamy, nie do końca z własnej woli.
To jest też pole do wykorzystania dla semantycznych prestidigitatorów, którzy skwapliwie je wykorzystują proponując nam coś na zasadzie "sprzedaży wiązanej". Wymagając od nas najpierw określenia się w ścisłej definicji, dołączają cały balast związany z narosłą dookoła mitologią. Oczywiście, że nie zawsze można sobie dowolnie wybierać, być "trochę w ciąży" albo "zjeść ciastko i mieć ciastko". Z określonymi postawami wiążą się określone skutki. Ale nie zawsze.
Więc kiedy zapytasz sam siebie czy jesteś "wikipediowym ateistą" lub "wikipediowym agnostykiem", nie zapominaj, że to jedynie definicje, które mają służyć skutecznej i zrozumiałej komunikacji, a nie dominować sposób myślenia jak w dowcipie o rosyjskiej, uniwersalnej maszynce do golenia:
Sprzedawca do klienta: 
- Panie kliencie, to wspaniała maszynka do golenia, najnowszy produkt rosyjskiej technologii. Zakłada się ją na twarz, a ona całą brodę i wąsy goli w dwie sekundy!
- To ciekawe ale chyba niemożliwe, bo każdy z nas ma inną fizjonomię...
- W zasadzie tak ale tylko do pierwszego golenia.


Nie zapominajmy o tym, w poszukiwaniach własnej tożsamości, zanim ktoś nam nie sprzeda takiej maszynki, która jak walec, wszystko wyrówna. Bo inaczej idea wolnego myślenia będzie jak z dowolnością wyboru koloru mercedesa.

Nauka i wiara

Ależ wybrałem sobie prowokacyjny tytuł. Czy naukowcy wierzą i w co? W podróże w czasie? Czy podróże w czasie są w ogóle możliwe? Ależ oczywiście, że tak. Tyle, że w przeszłość. Chciałem tu przytoczyć dwa fajne i wiekowe artykuły, które mają już ponad 10 lat ale warto je sobie przypomnieć, bo mogłyby być w zasadzie napisane i wydrukowane dzisiaj, bez żadnych korekt czy suplementów.

Pierwszy to "Czy zbliża się kres nauki?" prof. Jerzego Sikorskiego. Czy i jak profesor odpowiedział na to powracające od setek lat pytanie dowiecie się w artykule.
Drugi artykuł, również profesora Sikorskiego, to "Uboczne skutki popularyzacji fizyki i astronomii". Przywołuję go w pamięci zawsze, gdy czytam polemiki internetowe osób nawiedzonych różnymi olśniewającymi ideami, szukającymi podparcia swoich fantastycznych, głoszonych uroczyście tez. Argumenty w dyskusji zawsze lepiej wyglądają przyprawione hasłami "fizyka kwantowa", "leptony", "spontaniczne łamanie symetrii" lub "nieskończoność", nawet jeśli kompletność ich rozumienia nie idzie w parze z napastliwością przekazu. Warto zauważyć, że specjaliści w swoich dziedzinach (ci prawdziwi) zwykle zachowują umiar w rozgłaszaniu spektakularnych konsekwencji swoich odkryć. Wiedzą oni, że odkrycia te same znajdą zastosowania, jeśli są tego warte.

Warto czasem, szczególnie w natłoku Internetowego informacyjnego szoku, powrócić do starszych lektur. Dlatego pozwoliłem sobie zrobić nieco "promocji" tekstom rzeczowym i napisanym językiem prostym. Proszę się nie ograniczać tylko do nich. W owym serwisie znajdziecie wiele innych, ciekawych tekstów.

środa, 22 grudnia 2010

W czym problem?

Każdy musi kiedyś dotknąć przysłowiowego "gorącego żelazka", żeby przekonać się, że słowa mają realne przełożenie na rzeczywistość. I nie jest to jedynie domena dzieci. Takim pytaniem, osób przekonanych o własnej, niepodważalnej racji jest "ale co to szkodzi, że wierzę w co mi się podoba? Czy to komuś szkodzi?". Termin wiara, w kontekstach pozareligijnych, zawsze występuje z podmiotem lub przedmiotem, któremu się "wierzy". Czy jest coś złego w tym, że przyjmujemy na cokolwiek "wiarę"? Bez oczekiwania najmniejszego poparcia lub uzasadnienia swojej wiarygodności?
Mój znajomy wierzy, że dieta o której wyczytał w jakiejś książce, a nakazująca mu dość rygorystyczne odrzucenie pewnych "przyjemnych" pokarmów na rzecz np.: otrębów zalewanych wodą na śniadanie przynosi mu zdrowie i dobre samopoczucie. Trudno zanegować jego osobiste odczucia. Trudno nawet znaleźć cokolwiek zdrożnego w nakłanianiu do tej diety wszystkich znajomych, jako niemal panaceum na większość dolegliwości. Czy aby? Jeśli ktoś odczuwający na codzień dyskomfort, bóle czy słabość zamiast udać sie do lekarza i wykonać odpowiednie badania uznaje, że wszystko czego potrzeba, to znachorskie podejście "na oko" i cudowne leki/medoty/diety, zrobi sobie krzywdę odwlekając wizytę u lekarza, komplikacje wynikające z ewentualnego rozwoju, ewentualnej choroby nie będą do zanegowania. Czyli żelazko?
Ten przykład to detal, infantylny, dość zabawny, zapewne niegroźny. Każdy czasem ma ochotę coś zmienić w życiu, choćby sposób odżywiania. Wówczas zaczynamy poszukiwać. Otwarcie się na zdobywanie informacji jest bardzo pożyteczne ale niesie ze sobą zagrożenia natrafienia na fałszywe autorytety wykładające cały szereg złotych środków do osiągnięcia szczęścia (nawiasem: czy szczęście jest stanem spoczynku?). Niestety nie każdy autorytet jest takim, jakim się przedstawia. Niektóre cechy tzw. autorytetów nie są związane z ich faktycznymi kompetencjami, a tworzą jedynie kulturową aurę kojarzoną z mądrością. Niczym niegdysiejsze siwe włosy i długa broda, okulary mogły być przymiotami mędrców, tak dzisiaj mógłby to być schludny garnitur, tytuł naukowy, biały kitel, mundur itp. Wszystko co zostało wymienione jest związane zaledwie z percepcją wizualną (tytuł naukowy ładnie też wygląda na papierze), która w największym stopniu odpowiada za tak zwane pierwsze wrażenie. Tylko tyle i aż tyle. A nie zawsze mamy techniczną możliwość zweryfikowania, czy to, co kryje się pod tymi "atrybutami wiedzy" jest faktycznie mądrością i doświadczeniem, czy tylko uzurpacją.
W końcu dochodzę do sedna, które płodzę od kilku akapitów: przypomnijmy sobie (jeśli zapomnieliśmy) najsłynniejszy eksperyment Stanley'a Miligram'a. Tu możemy posłuchać wykładu Philipa Zimbardo, który o nim opowiada (od 7 minuty zaczyna się właściwy opis eksperymentu). Eksperyment ten, pomimo swojej kontrowersyjności, świetnie obrazuje jak łatwo możemy się zostać mimowolnie zarażeni cudzym "autorytetem", nawet jeśli wydaje nam się, że jesteśmy na takie wpływy uodpornieni.

 całość wykładu prof. "Philip Zimbardo- The Lucifer Effect- Part 1" znajduje się tu: Zimbardo http://www.youtube.com/watch?v=BYre8SlOO_k


I co to wszystko ma do tak zwanej "wiary"? Notorycznie w dyskusjach pojawiają się argumenty, będące odmianą ewangelijnego "błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli". Są osoby, które uważają, że niedociekanie, nie zadawanie pytań, bezkrytyczne przyjmowanie wydrukowanych w ciężkich księgach dogmatów jest perfekcyjnie logiczne i rozsądne. To coś podobnego do Kubusia Puchatka, który im bardziej zaglądał do chatki w poszukiwaniu miodku, tym bardziej go tam nie było, z tym że w odwrotną stronę - im bardziej Kubuś do chatki nie zagląda, tym bardziej ten miodek tam jest. Czy aby na pewno? I jak to sprawdzić?

W takim sensie "wiara" jest tylko i wyłącznie kapitulacją zdrowego rozsądku, poddaniem sensu dociekań, negowaniem radości z uzyskiwania właściwych odpowiedzi, a nawet zdewaluowaniem zadawania właściwych pytań. Oczywiście, że filozoficznie rzecz ujmując, poza matematyką, większość rzeczy przyjmujemy na wiarę, nawet naszym zmysłom nie zawsze możemy wierzyć. Ale to już filozoficzna abstrakcja w którą nie chcę tak daleko wchodzić.